Wywiady

Rozmowa z inż. Andrzejem Żywirskim Prezydentem Niepublicznej Wyższej Szkoły Medycznej we Wrocławiu

Joanna Olaszek: Na wstępie chciałabym się dowiedzieć dlaczego zdecydował się Pan na kosmetykę?

Andrzej Żywirski: Musiałbym się cofnąć o 20 lat, wszystko zaczęło się to od tzw. kryzysu, który pojawił się na rynku. Polska się zmieniała, zmieniał się również system polityczny w kraju, w związku z tym pojawiły się nowe możliwości dla ludzi, którzy mieli doświadczenie w prowadzeniu działalności oświatowej, można było otworzyć działalność gospodarczą, ja zdecydowałem się na szkołę kosmetyczną i udało mi się uruchomić pierwszą taką szkołę w okręgu dolnośląskim. Było to wówczas trochę śmieszne, ponieważ w zasadzie szkoła była traktowana przez przepisy rynkowe, jak zakładzik, jak np. szewc czy budka z warzywami. To się oczywiście z biegiem czasu zmieniło. Pracowałem wówczas w ośrodku szkolenia zawodowego, organizowaliśmy np. kursy wózków akumulatorowych, kursy samochodowe. Pewnego dnia okazało się, że rynek nie potrzebuje już tych specjalności, trzeba było szukać modnych kierunków pomyślałem o kosmetyce. Oprócz tego uruchomiłem jeszcze kursy bardziej medyczne, kursy masażu klasycznego. Poznałem wtedy wielu ciekawych nauczycieli z tej dziedziny, gdy weszły w życie przepisy po 1989 roku doszedłem do wniosku, że warto spróbować swoich sił w dziedzinie prywatnej edukacji. Na początku pracowałem równocześnie w zakładzie doskonalenia zawodowego, oraz zajmowałem się otwieraniem szkoły.

J.O: Proszę mi powiedzieć czy ma Pan jakieś wykształcenie medyczne? Zastanawia mnie, dlaczego wybrał Pan kierunek poniekąd medyczny.

A.Ż: Studiując w tamtych czasach człowiek nie wiedział co będzie robił w przyszłości. Ja od zawsze byłem nauczycielem, skończyłem kierunek mechaniczny na Politechnice, w związku z tym moja działalność nie jest związana z moim wykształceniem, natomiast zawsze uczyłem, lub zajmowałem się organizacją oświaty, oraz edukacji i tym chciałem zajmować się nadal.

J.O: A proszę mi powiedzieć od jak dawna szkoła znajduje się właśnie w tym miejscu?

A.Ż: W 2004 roku wprowadziliśmy się do tego budynku, przedtem warunki były o wiele gorsze. Staramy się ciągle je ulepszać i dostosowywać te zmiany do tendencji rynkowej. Szkoła do której Pani się zapisała nazywała się Szkolą Kosmetyczną, w tej chwili doszliśmy do wniosku, że skoro poruszamy coraz więcej kierunków medycznych, ten typowy układ zawodowy nie za bardzo koresponduje z innymi , w związku z czym w czerwcu 2010 roku, doszło do zmiany nazwy.

J.O: A jak wyglądały początki, jak Pan sam wspomniał uczelnia rozwija się z każdym rokiem, jak to wszystko wyglądało tak zwanego pierwszego dnia?

A.Ż: Przede wszystkim rynek był inny, bardziej chłonny, można było uruchomić każdy kierunek, alternatywą były tylko szkoły państwowe, które różnią się tym od szkół prywatnych, że wszelkiego rodzaju zmiany są utrudnione i potrzebują czasu, a poza tym nie za bardzo zależało im na tym aby tych zmian dokonywać, szkoły państwowe dostają pieniądze od państwa, a w szkole prywatnej pieniądze dawał rynek, czyli jeżeli ktoś zdecydował się na jakiś kierunek, to kierunek ten musiał ciągnąć za sobą pieniądze bo inaczej szkoła by się nie utrzymała i nie miała racji bytu.

J.O: W dzisiejszych czasach szkoły prywatne nie są niczym zaskakującym, natomiast proszę mi powiedzieć jak to wyglądało te kilkanaście lat temu, czy panowały wówczas stereotypy, że szkoła prywatna to coś gorszego, czy miał Pan problemy z pozyskaniem kadry, oraz uczniów?

A.Ż : Myślę, że nie, wtedy było trudniej z kadrą, ale łatwiej ze słuchaczami. Uruchomiłem pierwszą prywatną szkołę z zajęciami praktycznymi na Dolnym Śląsku, przed nami była tylko szkoła Urszulanek która od lat prowadziła katolickie liceum, natomiast tego typu szkół zawodowych nie było w ogóle. Nie mieliśmy zatem konkurencji, a zainteresowanie było duże, była to jedyna szkoła kosmetyczna w okolicy. Może się to wydać śmieszne ale pierwsze zapisy przyjmowałem w moim mieszkaniu, to były naprawdę zabawne czasy, ale tak to wówczas wyglądało. Dopiero z czasem wynajęliśmy pomieszczenie na ul. Słubickiej i od września te warunki się poprawiły, były bardziej szkolne. Pamiętam taka anegdotę: w celu zapisania się na zajęcia do mojego domu przyjechała wysoka blondynka, przywiózł ją chłopak na motorze i ona wchodząc do mieszkania musiała się schylić. Takie zdarzenia pozostają w pamięci na zawsze. Słuchacze też byli zaskoczeni taką formą zapisów, ale to ich nie zrażało. Wtedy mniej więcej wszyscy tak zaczynali, dopiero później, stopniowo się to zmieniało. Wszystkie pieniądze jakie były w domu inwestowaliśmy w tą szkołę, w związku z tym na początku moi nauczyciele jeździli lepszymi samochodami niż ja, pamiętam, że jeden z nauczycieli po roku kupił sobie Golfa a ja nadal jeździłem 14-letnim maluchem.

J.O: A ile czasu zajęła organizacja? W tym momencie szkoła wydaje się być już dopięta na ostatni guzik, to znaczy, świetna kadra, dopracowany system nauczania.

A.Ż: Wielu nauczycieli współpracuje z nami od samego początku tak jak na przykład dr n. med. Michał Porwolik, nauczał on anatomii w już szkole policealnej. Pani dyrektor mgr Krystyna Ligęza, która jest dziekanem Wydziału Profilaktyki i Zdrowia dołączyła do mnie i pracuje od 1993 roku, jest świetnym dydaktykiem oraz pedagogiem a pani mgr Joanna Szulgenia- Próchniak była jedną z pierwszych absolwentek studium kosmetycznego. Pracują tu ludzie, z którymi dobrze mi się współpracuje i myślę, ze im również odpowiadają te warunki.

J.O: A jakie, w najbliższym czasie ma pan plany związane z uczelnią?

A.Ż: Rynek Szkół Wyższych zaczyna się zmieniać, na studiach stacjonarnych zaczynaliśmy z trzema grupami, a w tej chwili mieliśmy dwie. Jest tendencja spadkowa, musimy wprowadzać nowe kierunki, aby uczelnia mogła się normalnie rozwijać, potrzebujemy co najmniej, około tysiąca studentów wtedy koszty są tak ustawione, że nie wszystko idzie na tak zwany przemiał. Prowadzę szkołę medyczną, cechą wszystkich kierunków medycznych jest to, że mamy obowiązek realizacji dużej ilości godzin, a to generuje ogromne koszty, w szkole kosmetycznej, dochodzą do tego jeszcze kosmetyki, w szkole ratowników medycznych, bardzo rozbudowane są zajęcia praktyczne większość z nich rozwija się w układach klinicznych, nie tylko w murach uczelni, a to znowu wymusza na nas podział studentów na małe grupki pięcio, sześcioosobowe, na masażu (w szkole dwuletniej) zajęcia odbywają się w grupach dwuosobowych. Proszę więc zobaczyć jak duże koszty to narzuca. Studenci często są zaskoczeni, ze czesne u nas jest tak wysokie, ale na kierunkach humanistycznych uczelni prywatnych i państwowych w systemach niestacjonarnym jest 1200 lub 1500 godzin dydaktycznych a u nas jest to dwa razy tyle. Prowadzimy w naszej uczelni kierunki medyczne, które są bardzo drogie, a myślę, że w naszej uczelni nie tylko jest wysoki poziom nauczania ale i warunki posiadamy europejskie.

J.O: Jestem studentką III roku, więc wydaje mi się, że moje następne pytanie będzie na miejscu. Czy wiadomo już coś na temat studiów drugiego stopnia o kierunku kosmetologia?

A.Ż: Dokumentacje złożyliśmy w zeszłym roku, dostaliśmy odpowiedź, że jeszcze trochę musimy poczekać i podnieść działalność naukową, mam nadzieję, że ten artykuł przyczyni się właśnie do tego, że studenci zainteresują się działalnością koła naukowego. Otworzyliśmy zespoły, w których bardzo aktywne są pani dr hab. Bugla-Płoskońska, pani mgr Hawryłkiewicz, oraz pani mgr Szulgenia- Próchniak. Ważne jest aby jak największa liczba studentów czynnie w nich uczestniczyła, a wtedy, Szkoła będzie mogła się czymś wykazać i będą dostępne różnego rodzaju stypendia. Złożyliśmy na razie dokumenty i czekamy na pozytywne ich rozpatrzenie.

J.O: Nam na tym również zależy.

A.Ż: Mam nadzieje, że w październiku uda nam się rozpocząć nauczanie już drugiego stopnia kosmetologii na studiach magisterskich.

J.O: A jaką strategię przyjęła szkoła w celu pozyskiwania nowych studentów?

A.Ż: Istotnym czynnikiem jest reklama, młodzież kocha internet, w związku z tym zmieniamy naszą stronę internetową, będzie ona dostępna również w innych witrynach. Do tej pory ogłaszaliśmy się w radio, ale było to niesamowicie kosztowne, teraz spróbujemy w telewizji. Jednak najważniejszą reklama są Państwo, to Wy jesteście żywą reklamą tej uczelni.

J.O: Panie prezydencie dziękuję za rozmowę.

Profesor Aleksander Koll, urodził się w Wilnie tuż przed wybuchem II Wojny Światowej, a dorastał w Głogowie. Tam też ukończył Liceum Ogólnokształcące.
Studia chemiczne rozpoczął w 1957 roku na Wydziale Matematyki, Fizyki i Chemii Uniwersytetu Wrocławskiego. Po ukończeniu studiów w 1962 roku rozpoczął pracę na Uniwersytecie Wrocławskim.
Stopień doktora nauk chemicznych uzyskał w 1968 roku.

W następnym roku wyjechał na roczny staż naukowy na Uniwersytecie w Leningradzie. W latach 1975/76 odbywał roczny staż naukowy na Uniwersytecie w Guelph w Kanadzie. Jego kariera naukowa związana jest z pracą na Wydziale Chemii Uniwersytetu Wrocławskiego, gdzie w 1996 roku po uzyskaniu tytułu profesora został prodziekanem, na dwie kadencje. Od 1999 roku jest profesorem zwyczajnym. Z Niepubliczną Wyższą Szkołą Medyczną, prof. Aleksander Koll związany jest od pięciu lat, od 2009 roku pełni funkcję Rektora.
Prof. Aleksander Koll był odznaczony między innymi medalem Komisji Edukacji Narodowej, Złotym Krzyżem Zasługi, Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, medalem im. Jana Zawidzkiego Polskiego Towarzystwa Chemicznego. Trzykrotnie otrzymywał nagrody Ministra Nauki i Edukacji, oraz był laureatem wielu Nagród Rektora Uniwersytetu Wrocławskiego za działalność naukową, dydaktyczną i organizacyjną. Jest redaktorem naczelnym kwartalnika „Postępy Kosmetologii”. Do głównych naukowych zainteresowań profesora należą badania nad strukturą cząsteczek chemicznych, oddziaływaniami międzycząsteczkowymi, jak również korelacją między strukturą, a właściwościami związków chemicznych.
Joanna Olaszek: Panie Profesorze, chciałabym zacząć od podstawowego pytania. Jak zaczęła się Pana przygoda z chemią i dlaczego wybrał Pan akurat tę dziedzinę?
Aleksander Koll: Powiem tak, chemię wybrałem dlatego, że w szkole lubiłem matematykę i fizykę. Pochodziłem z Głogowa, który wtedy liczył 2700 mieszkańców i była tam wtedy tylko jedna szkoła średnia. Nie miałem gwarancji, że dobrze mi pójdzie na egzaminach wstępnych, ale wierzyłem, że matematykę i fizykę zdam dobrze, a chemii można się nauczyć. Poza tym, wtedy kiedy kończyłem szkołę średnią mówiono, że wiek XX jest wiekiem chemii i wielu lepszych uczniów z naszej szkoły wybrało chemię.
JO: A proszę mi powiedzieć którą uczelnię Pan ukończył?
AK:Uniwersytet Wrocławski.
JO: Zastanawiałam się, w jaki sposób trafił Pan do Niepublicznej Wyższej Szkoły Medycznej?
AK: Po wielu latach pracy na Uniwersytecie, kiedy przestałem już być prodziekanem na Wydziale Chemii, zacząłem rozglądać się za jakąś dodatkową pracą, rozpoczęliśmy też budowanie własnego domu. Znajomi zaproponowali mi Państwową Wyższą Szkołę w Wałbrzychu, która zamierzała otworzyć kierunek ekologii, gdzie miałem uczyć chemii. Jeździliśmy tam z kolegą kilka razy, ale okazało się że szkoły tej nie stać było na utworzenie kierunków bardziej ścisłych. Uczyli tam języków obcych, socjologii, ale na laboratorium się nie zdecydowali. Kiedy rozpoczęto starania o utworzenie studiów wyższych w naszej Szkole, na bazie średniej szkoły kosmetycznej, ten kolega który jeździł ze mną do Wałbrzycha zaproponował żebym przyszedł uczyć tutaj chemii.
JO: A od ilu lat jest Pan związany z NWSM?
AK: Już od pięciu lat.
JO: Proszę mi opowiedzieć coś o swojej dotychczasowej karierze. Czy poza Uniwersytetem i naszą NWSM współpracował Pan jeszcze z jakimiś uczelniami, brał Pan może udział w jakiś większych projektach naukowych?
AK: Powiem to inaczej, po studiach i po zrobieniu doktoratu pojechałem na roczny staż naukowy, do Leningradu, tam pracowałem nad spektroskopią układów z wiązaniem wodorowym. Moją specjalnością jest chemia fizyczna a w szczególności chemia fizyczna związków organicznych i oddziałujących cząsteczek. Właśnie w Leningradzie
nauczyłem się zastosowań spektroskopii w tych badaniach. Spędziłem tam rok
(były to lata 1969-1970). Do tej pory współpracuję z kolegami z Uniwersytetu w St. Petersburgu. Wzajemnie się odwiedzamy, publikujemy wspólne prace.
Następny dłuższy staż, w latach 1975-1976 spędziłem w Kanadzie na Uniwersytecie w Guelph. . Studiowałem u profesora, który zajmował się reakcjami chemicznymi związków organicznych. Wielokrotnie odbywałem staże na Uniwersytecie w Leuven w Belgii i na Uniwersytecie Wiedeńskim. Szczególnie z tym ostatnim Uniwersytetem utrzymuję ścisłe kontakty do dziś. Jeżdżę tam każdego roku, opublikowaliśmy wspólnie kilkanaście artykułów naukowych. Będąc w Kanadzie prowadziłem zajęcia laboratoryjne z chemii organicznej. Na co dzień, we Wrocławiu prowadziłem zajęcia z chemii fizycznej, najpierw laboratoria i seminaria, następnie wykłady. W późniejszym czasie sam zaproponowałem kilka innych wykładów.
JO: Czy w przeciągu swojej kariery bardziej nastawiał się Pan na nauczanie, czy na typową karierę naukową?
AK:Będąc pracownikiem naukowo dydaktycznym uczelni, powinno się zajmować zarówno badaniami naukowymi jak i dydaktyką.
JO: Czy pamięta Pan jakąś anegdotę związaną z nauczaniem?
AK: Kolega opowiada: wiecie, przyszła do mnie pani X, studentka trzeciego roku i poprosiła o 10 zlewek.
Po co pani 10 zlewek? Odpowiada: w instrukcji jest napisane, że trzeba roztwór rozcieńczyć dziesięciokrotnie! Opowiadanie jest autentyczne, na pewno nikt tego nie wymyślił. Mam nadzieję, że nasze studentki zrozumieją komizm tej sytuacji. Trzeba jednak wiedzieć co oznacza dziesięciokrotne rozcieńczanie. Panie chyba wiedzą?
JO: Wracając jeszcze do nauczania to proszę mi powiedzieć czy nie odczuwa Pan żalu, że zaprzestał Pan nauczania na rzecz pracy administracyjnej?
AK: Nie. Ja prowadzę zajęcia w dalszym ciągu, wykładam chemię ogólną, oraz w tym roku zacząłem uczyć chemii kosmetycznej. Jest to związane z tym, że szkoła wymaga specjalizacji w tym kierunku. Administracja zajmuje mi czas, ale nie jest to tylko moja praca, ja tylko biorę w tym udział. Współpracujemy w większym gronie, w prace administracyjne zaangażowane są również Panie w dziekanacie, oraz Pan Prezydent.
JO:A teraz może zadam Panu kilka pytań bardziej związanych z naszą uczelnią. Czy Pan jako rektor ma jakieś plany rozwojowe związane z NWSM?
AK: Tak, ale te plany o których Pani mówi nie są tylko moimi planami, są to plany całego kierownictwa. W tej chwili widzimy, że kandydatów na Kosmetologię jest trochę mniej i nie wiemy jak wielu jeszcze będzie chętnych, dlatego zdecydowaliśmy się na otwarcie kierunku, którym jest Ratownictwo Medyczne. Kierunek ten rozwija się bardzo dobrze. Myślimy jeszcze o tym aby rozpocząć naukę dietetyki.
JO: Dietetyki jako studia wyższe?
AK:Tak, do licencjatu. Kierunek ten prowadzi Akademia Medyczna i ma wielu kandydatów. Wydaje się, że w społeczeństwach rozwiniętych, coraz bardziej istotny staje się problem nadwagi i racjonalnego żywienia. Popularne „odchudzanie” powinno być prowadzone pod kierunkiem dietetyka. Staramy się o prawa do studiów magisterskich z Kosmetologii.
JO: A odnośnie studiów wyższych, czy są może podobne plany związane z Ratownictwem?
AK: Dopiero w tym roku pierwsi absolwenci kończą Ratownictwo. Współpracujemy z AM. Aby otworzyć studia magisterskie musielibyśmy wybrać jakiś konkretny kierunek, pewnie wymagało by to pracy na klinikach. Nawet akademia Medyczna nie prowadzi studiów magisterskich z Ratownictwa. Na razie nie zaobserwowaliśmy spadku zainteresowania na tym kierunku, tak jak się to dzieje na Kosmetologii, więc jeszcze nie teraz…
JO: Problem polega na tym, że rynek jest już trochę przesycony absolwentkami Kosmetologii.
AK: Właśnie o to chodzi. Dawniej ściągaliśmy studentki z całego województwa, teraz tych szkół jest coraz więcej. Zamierzamy też rozpocząć studia licencjackie z pielęgniarstwa, zakładając, że będziemy prowadzić różne formy takich studiów zgodnie z potrzebami rynku. Rozpocząłem pracę jako Rektor w 2009 roku, co było związane z tym, że przechodziłem na emeryturę na Uniwersytecie, a tutaj pojawiła się potrzeba aby kierowaniem Uczelnią zajął się ktoś z tytułem.
JO: Ma pan rację, na pewno wygląda to lepiej gdy szkołą kieruje osoba z tytułem profesorskim.
AK: Cieszymy się, a nawet chwalimy tym, że mamy wielu wykładowców z tytułami w naszej kadrze. Myślę, że to jest jakąś przewagą tej szkoły nad innymi. Jeżeli ktoś chce skończyć dobrą szkołę to wie, że może przyjść studiować tutaj. Ale opinie są różne oczywiście.
JO: Oczywiście, niemniej my jako studenci też jesteśmy zadowoleni z tego, że możemy współpracować z najlepszą kadrą.
AK: Cieszy mnie to.
JO: Proszę mi jeszcze powiedzieć, jak Pan jako chemik widzi przyszłość Kosmetologii?
AK: Zauważyłem, że jest to strasznie szeroka dziedzina. Teraz gdy zacząłem uczyć chemii kosmetyków widzę, że jest tego tak wiele, że istnieje szansa, żeby te studia poszły właśnie w tym kierunku tzn. żeby można było poszerzyć badania w laboratorium albo w gabinecie kosmetycznym. Interesujący jest problem wzajemnego oddziaływania składników, jak i problem współdziałania składników w procesie zabiegów kosmetycznych. Badania takie projektujemy na kursie magisterskim we współpracy z uczonymi o uznanym dorobku naukowym. Jak sama pani wie to są tysiące związków, które mogą być wykorzystane w kosmetyce, ja ich wszystkich nie znam, państwo również nie, dlatego wydaje mi się że chemia kosmetyczna albo kosmetologia w sensie nauki ma szanse rozwoju, między innymi jest to też sprawą „ Postępów Kosmetologii”. Wydaliśmy już pięć zeszytów. „ Postępy Kosmetologii” jest to kwartalnik o tematyce kosmetologicznej, tegoroczny pierwszy numer jest już w drukarni.
JO: Kiedy możemy się go spodziewać?
AK: Tego jeszcze nie wiem, ale przedstawiciele Redakcji pojechali na konferencję i tam będą go reklamować, więc jestem przekonany, ze pierwszych kilka egzemplarzy jest już gotowych. Mamy nadzieję, że dzięki „ Postępom Kosmetologii” większa grupa studentek zainteresuje się naszą uczelnią. Mogą tam też znaleźć materiały przydatne w studiach.
JO: Na pewno, z tego co wiem uczelnia cieszy się coraz większą renomą, więc nie powinno być z tym problemów.
AK: Mam taką nadzieję.
JO: Ja również. Panie Profesorze dziękuję za rozmowę.

Profesor A. Koll w trakcie nadania stopnia doktora nauk chemicznych.

Rozmowa z mgr Krystyną Ligęzą dziekanem Niepublicznej Wyższej Szkoły Medycznej we Wrocławiu

Joanna Olaszek.: Proszę mi powiedzieć jaką uczelnię oraz jaki kierunek studiów Pani skończyła?
Krystyna Ligęza: Skończyłam Uniwersytet Wrocławski na kierunku Pedagogika, a pierwszą szkołą w jakiej pracowałam była szkoła pielęgniarska. Przez całe moje życie zawodowe pracowałam w różnego typu szkołach medycznych. Jestem mocno związana emocjonalnie ze szkolnictwem medycznym. Zajmowałam się wieloma aspektami pracy z młodzieżą. Zaczęłam od pracy nauczycielki zawodu, podczas której chodziłam z uczennicami do szpitali na szkolenia praktyczne. To było dawno temu, później pełniłam inne role w szkolnictwie, aż do emerytury. Przed emeryturą pracowałam również w Urzędzie Wojewódzkim w Wydziale Zdrowia i Opieki Społecznej. Od pamiętnego (dla nas, Starszego Pokolenia) czerwca 1989r. rozpoczęły się w Polsce bardzo szybkie zmiany sytuacji społeczno-politycznej. Wiele zmieniło się również w resorcie edukacji i wychowania, zaczęły powstawać pierwsze szkoły prywatne. Jedną z pierwszych policealnych szkół zawodowych na Dolnym Śląsku była szkoła p. Andrzeja Żywirskiego. W 1991r. przyjęto pierwsze słuchaczki do Studium Kosmetycznego. Rok później powstała druga typowo medyczna szkoła: Studium Fizjoterapii. Właśnie w szkołach organizowanych i prowadzonych przez p. Andrzeja Żywirskiego – będąc już u progu emerytury („młodzieżowej”) – rozpoczęłam swoją drugą przygodę zawodową. W Studium kolejno powstawały nowe kierunku: charakteryzacji teatralno-filmowej, ratownictwa medycznego, masażu. Przez 4 lata kształciliśmy również młodzież w dwuletnim, uzupełniającym Liceum Handlowym. I tak pracuję w Szkołach Policealnych już 18 lat.

J.O.: Czyli jednym słowem Pani dotychczasowa kariera miała ścisły związek z działalnością pedagogiczną?
K.L.: Tak, zajmowałam się głównie pracą w szkolnictwie medycznym.

J.O.: A w którym roku, jeśli to nie tajemnica, ukończyła Pani studia?
K.L.: W roku 1976.

J.O.: Co wpłynęło na ten wybór?
K.L.: Już jako uczennica szkoły średniej lubiłam zajmować się młodszymi, prowadziłam grupę harcerską, byłam proszona o zastępstwo nauczycieli, bardzo lubiłam te zajęcia. Ponadto moja siostra jest nauczycielką, mój brat również był nauczycielem.

J.O.: Czyli można powiedzieć, że jest to taka rodzinna tradycja. A od ilu lat współpracuje Pani z naszą Uczelnią?
K.L.: Od niedawna, właściwie od 3 lat. Prowadzę zajęcia z pedagogiki.

J.O.: Co się Pani bardziej podoba: działalność dydaktyczna czy administracyjna?
K.L.: Zdecydowanie bardziej odpowiada mi nauczanie.

J.O.: Proszę mi powiedzieć, czy poza działalnością dydaktyczną może się Pani poszczycić innymi osiągnięciami?
K.L.: Pracując jako czynni zawodowo nauczyciel, a później wizytator zdobywałam kolejne specjalizacje zawodowe. Mam III stopień specjalizacji zawodowej, poza tym jestem autorką kilku prac i publikacji. Pisałam do miesięczników branżowych „Pielęgniarka i Położna” oraz „Szkoła Medyczna”.

J.O.: Nawiązując do naszego kierunku, jak postrzega Pani rozwój kosmetologii?
K.L.: Kosmetologia to młoda dziedzina medycyny, do niedawna mało znana, obecnie bardzo intensywnie się rozwija. Myślę, że wynika to z ogólnego rozwoju nauki i techniki, a także ze wzrostu zamożności społeczeństwa. Powstają nowe technologie, materiały, w oparciu o wyniki badań laboratoryjnych wprowadzane są na rynek nowe preparaty i techniki już nie tylko w postaci zabiegów upiększających, korygujących czy też podtrzymujących urodę, lecz także leczniczych. Kosmetologia coraz bardziej staje się dziedziną medycyny, a zawód kosmetologa – zawodem paramedycznym.

J.O.: A czy mogłaby mi Pani opowiedzieć jakąś anegdotę związaną z nauczaniem?
K.L.: Wydarzyło się to dawno temu, gdy pracowałam jeszcze jako nauczyciel zawodu. W kształceniu pielęgniarek przestrzegano wtedy bardzo twardych zasad zgodnych z sentencją: „Dura lex, sed lex” („twarde prawo, ale prawo”). Każda uczennica (słuchaczka) musiała bezwzględnie znać zasady obowiązujące przy wykonywaniu zabiegów, m.in. przy podawaniu leków choremu. Była między innymi wskazówka, że pacjent musi zażyć lek przy pielęgniarce. Jedna z moich koleżanek na praktyce zawodowej w oddziale chorób wewnętrznych roznosiła w tym dniu leki pacjentom. Jednemu z nich podała – zgodnie ze zleceniem – tabletki i poleciła, aby chory je połknął popijając wodą, a gdy to uczynił, podała mu również czopek, który podaje się drogą nie „per os” („przez usta”), lecz „per rectum” („doodbytniczo”) i czekała, aż pacjent ten lek zażyje (w oczekiwaniu pielęgniarki: połknie). Chory z niezrozumiałych – jak się wydawało jej – powodów dość długo ociągał się z połknięciem tej „tabletki”, o innych aniżeli znanych mu dotąd kształtach i jakiejś dziwnej kakaowej barwie i mdłym zapachu. Ale kandydatka na pielęgniarkę była bardzo konsekwentna (aczkolwiek niedouczona) w przestrzeganiu zasad obowiązujących przy podawaniu leków i w końcu wymogła na chorym, aby on ten czopek połknął. Na początku była z tego mała afera („dywanik” u kierowniczki szkolenia), ale wszystko skończyło się dobrze. Pozostała anegdota, powtarzam ją na naszych towarzyskich spotkaniach. Jaki z tego morał? Nigdy nie pozwalać sobie na abdykację rozumu.

J.O.: Na koniec chciałabym poprosić Panią o radę dla studentów.
K.L.: Chciałabym, aby nasi studenci uwierzyli nam i zrozumieli, że my wszyscy w tej Uczelni, czyli Brać Akademicka – jak to się kiedyś pięknie określało – mamy jeden wspólny cel: przygotować Was jak najlepiej do wykonywania swoich powinności zawodowych. Studenci czasem się użalają, że muszą się uczyć zbyt wielu przedmiotów teoretycznych, nie widzą bezpośredniego związku z przyszłym zawodem. Pragnieniem nas, wszystkich nauczycieli akademickich, jest nie tylko wyposażenie Was w określone umiejętności manualne, chcemy dać Wam szerszą podstawę teoretyczną, abyście lepiej i głębiej rozumieli otaczającą nas rzeczywistość przyrodniczą, społeczną i kulturową. Kosmetologia jest w pewnym sensie „filozofią” postępowania i dlatego pragniemy, aby Absolwenci naszej Szkoły traktowali zawód w sposób niekonwencjonalny, mówiący nie tylko o czynnościach, lecz o szeroko pojętych zachowaniach w kosmetyce, o roli świadomości i osobowości oraz o relacjach międzyludzkich. Profesjonalizm i wszechstronnie rozwinięta osobowość kosmetologa – to cel kształcenia naszych Studentów. Nasze starania idą w tym kierunku, abyście Państwo mieli do życia stosunek poważny i refleksyjny i to są jednocześnie moje cele, jakie sobie stawiam przy realizacji przedmiotu „Pedagogika”. Bardzo pragnę, aby studenci polubili ten przedmiot, ponieważ oprócz teorii dziedzina ta zawiera wiele wskazań praktycznych do realizacji w codziennym życiu przez każdego człowieka, ponieważ dotyczy zagadnienia fundamentalnego, a mianowicie: wychowania. Zachęcam do współpracy w przyszłym roku akademickim.

J.O.: Pani dziekan, dziękuję za rozmowę.

Wywiad z dr M. Porwolikiem

Dr Michał Porwolik ukończył wrocławską Akademię Medyczną w 1985 roku. Po studiach zaczął pracę w katedrze anatomii prawidłowej gdzie pracuje do dnia dzisiejszego. W 1995 r. obronił doktorat na temat: „Budowa drzewa oskrzelowego człowieka w okresie prenatalnym”. Jest autorem, lub współautorem 47 prac naukowych i doniesień zjazdowych. Otrzymał nagrody Rektora Akademii Medycznej im. Piastów Ślaskich we Wrocławiu w latach:1987,1988 za osiągnięcia w pracy dydaktycznej i organizacyjnej, 1989,1990,1995,1996 za osiągnięcia w pracy naukowo – badawczej 2008,2009 za osiągnięcia organizacyjne. Od 2008 jestem opiekunem I roku Wydziału Lekarskiego A.M. we Wrocławiu. W latach 2002 – 2006 pełnił funkcję sekretarza Polskiego Towarzystwa Anatomicznego oddział we Wrocławiu, a od 2006 do dnia dzisiejszego jest członkiem zarządu Polskiego Towarzystwa Anatomicznego oddział we Wrocławiu. Z Niepubliczna Wyższą Szkołą Medyczną jest związany od początku jej istnienia.
Joanna Olaszek: Panie Doktorze, medycyna jest bardzo trudnym kierunkiem, dlaczego zdecydował się Pan właśnie na ten kierunek studiów?
Michał Porwolik: Dlaczego medycyna? Mój ojciec był lekarzem, często w mediach negowane jest to, że dzieci lekarzy kończą medycynę mówi się o nepotyźmie, ale ludzie nie zdają sobie sprawy z tego, że przez cały okres dorastania człowiek nasiąka tą medycyną, często dyskutuje się o ciekawych czy rzadkich przypadkach w domu, w związku z tym od najmłodszych lat byłem otoczony tymi problemami, pewnymi sytuacjami, z którymi spotykał się mój ojciec. Tato był chirurgiem, pamiętam taką sytuacje gdy miałem 6, może 7 lat, został w nocy pilnie wezwany do szpitala nie miał mnie z kim zostawić, więc zabrał mnie ze sobą, byłem świadkiem zabiegu na sali operacyjnej (oczywiście za szybą) wywarło to na mnie ogromne wrażenie, do dziś pamiętam uczucie palących wypieków na twarzy. Od najmłodszych lat medycyna była częścią mojego życia i w pewnym momencie stało się dla mnie oczywiste, że to w tym kierunku chcę się kształcić. Zawsze interesowały mnie kierunki humanistyczne, nie matematyka czy fizyka,. Gdy wybierałem kierunek studiów zastanawiałem się nad stomatologią, ale ostatecznie zdecydowałem się na medycynę, na co na pewno miał wpływ zawód mojego ojca, który jak już wspomniałem był chirurgiem, ale doktorat zrobił z medycyny sądowej, miało to związek z ciałem ludzkim, zwłokami i również zapewne to zdecydowało o mojej specjalizacji, Mój brat też jest lekarzem, jest to rodzinna tradycja i rodzinne problemy wśród których dorastaliśmy. Moja żona jest lekarzem, stomatologiem, starsza córka również skończyła medycynę. Zawsze mówiłem córce, żeby robiła tak jak chce, że jeśli czuje, że medycyna jest tym co ją wciąga to powinna się tym zająć, natomiast jeśli nie, to nie. Długo podejmowała decyzję o swojej specjalizacji, właśnie dostała się na studia doktoranckie w klinice hematologii i onkologii dziecięcej czyli zajęła się bardzo trudnym działem medycyny jakim jest chore onkologicznie dziecko. Młodsza córka właśnie stoi przed podjęciem życiowej decyzji o wyborze swego zawodu, co wybierze to się okaże. Tak to już u nas jest każde pokolenie wciąga drugie i tak biegnie ta nasza „rodzinna sztafeta”, aczkolwiek nikt nikogo nie zmusza to wyboru tego zawodu zawsze musi to być indywidualna decyzja.
J.O.: A co konkretnie wpłynęło na wybór Pana specjalizacji?
M.P.: Wydaje mi się, że praca podczas studiów, od 4 do 6 roku pracowałem jako wolontariusz w katedrze anatomii prawidłowej. Po skończeniu studiów okazało się, że jest wolny etat to stwierdziłem, że spróbuję. Z biegiem czasu tak mnie to wciągnęło, że postanowiłem dalej rozwijać się w tym kierunku.
J.O.:W jaki sposób związał się Pan Z NWSM?
M.P.: Właściciel, wtedy jeszcze szkoły policealnej, szukał pracowników i tym celu udał się on do katedry zakładu anatomii prawidłowej do Prof. Ziółkowskiego, a Profesor skierował go do nas, czyli do mojego brata i do mnie. Mój brat również do 2006 roku pracował na NWSM, do czasu gdy weszły przepisy, że nie możemy pracować w więcej niż dwóch miejscach naraz, mój brat miał kilka miejsc pracy, więc był zmuszony zrezygnować ze współpracy z NWSM. Ja jestem tutaj w ścisłej kadrze, więc zrezygnowałem z innych miejsc i zdecydowałem się pozostać tutaj.
J.O.: Jak Pan postrzega zmiany, które zaszły na tym kierunku na przestrzeni tych lat?
M.P.: W latach 90-tych kiedy to wszystko się dopiero rozkręcało, było to coś zupełnie nowego, dopiero powstawały tego typu szkoły. Przez ten czas, naprawdę wiele się zmieniło. Zmieniła się mentalność ludzka, podejście do naszego zdrowia i wyglądu. Zmiany te następowały każdego roku co miało związek między innymi z przemianami, które przetoczyły się przez nasz kraj. Dzięki nim przede wszystkim szkoła mogła zostać otwarta. Na początku szkoła wynajmowała pomieszczenia w innych obiektach, były one przystosowane do pracy, ale wie Pani jak pracuje się „ nie u siebie”. Co roku musieliśmy zmieniać, powiększać i remontować te pomieszczenia ponieważ były to zdewastowane klasy szkolne, a szkoły które nam te pomieszczenia udostępniały w ten sposób odrestaurowywały swój budynek. To pochłaniało mnóstwo pieniędzy i oczywiście czasu. Od mniej więcej 10 lat NWSM znajduje się w tym budynku, dzięki temu możemy pracować w znacznie lepszych i bardziej komfortowych warunkach. Zatem przez ostatnie 20 lat wiele się zmieniło, znacznie poprawiło. My, w sensie władze uczelni i pracownicy robimy wszystko co w naszej mocy żeby było jak najlepiej, żebyście mogli pracować w jak najlepszych warunkach, ale uczyć się też trzeba.
J.O.: W tym momencie kosmetologia jest kierunkiem na pograniczu medycyny. Jak postrzega Pan rozwój tego kierunku w tę stronę?
M.P.: Dawniej zawód nosił nazwę kosmetyczki, dziś jest to kosmetolog, więc już sama nazwa wskazuje, że zmiany zachodzą. W skutek rozwoju nauki, zawód ten jest coraz bliżej człowieka, coraz więcej ma z nim do czynienia, daje większe możliwości, ale i jest obarczony większą odpowiedzialnością. Na co dzień, między innymi w mediach widzimy rozwój tej dziedziny. Kosmetologia dzisiaj jest kierunkiem na pograniczu specjalizacji medycznej, bo przecież jest taka specjalizacja jak dermatologia kosmetyczna, która zajmuje się drobnymi ingerencjami w nasze ciało, wydaje mi się, ze w przeciągu kilku następnych lat kosmetolog ściśle będzie współpracował właśnie z lekarzem, będzie takim jego pierwszym ramieniem w wykonywaniu różnych zabiegów. Myślę, ze kosmetologia jest zawodem z przyszłością, wszystko teraz rozbija się o kwestię zamożności społeczeństwa, bo nie jest to tanie. Na dzień dzisiejszy wielu ludzi musi na co dzień borykać się z podstawowymi problemami, czyli jak utrzymać dom i rodzinę, dopiero gdy coś nam zostaje to możemy zająć się pięknem, urodą czy przedłużaniem naszego życia. Na szczęście z roku na rok nasze społeczeństwo wstępuje na coraz wyższe stopnie zamożności i kosmetolodzy będą mieli większe możliwości realizacji.
J.O.: Trzeba będzie jeszcze przełamać stereotypy…
M.P.: Też. Ale musimy pamiętać, że coraz młodsze pokolenia wchodzą w dorosłość, młodzież jest teraz wykształcona i ma inne wzorce niż ludzie np. w moim wieku. Wy żyjecie w innych czasach i macie wpojone inne kanony postępowania, można zauważyć ze młodsze pokolenia mają większe wymagania w stosunku do siebie niż my te 10 czy 20 lat temu. Trzeba również pamiętać że weszliśmy do Unii Europejskiej i rynek pracy się poszerzył, poza tym coraz bardziej w naszym kraju rozwijają się górskie i nadmorskie miejscowości, otwierane są sanatoria i to również jest przyszłością dla kosmetologii, ponieważ oprócz zabiegów medycznych czy fizjoterapeutycznych coraz częściej mają one w swojej ofercie zabiegi kosmetyczne. Są możliwości, trzeba tylko poszukać, nie obawiać się wyjechać do innego miasta i tam spróbować swojego szczęścia.
J.O.: Dziękuję Panie Doktorze za rozmowę.